Na targu pośród straganów ktoś trzyma żyda w worku, ktoś śmietanę w butelce po coli, ktoś inny tutejszą specjalność pod wódkę: suszoną żydówkę.
Stary pan pedał obiera ziemniaki, pijana dziewuszka łasi się na kiełbasę a jej koleżanka opiera się czołem o witrynę delikatesów.
Noc jest młoda.
Oh Dawidzie, moja gwiazdo.
Łapię go za rączkę i udaje się w germańskie piwnice przepełnione jeszcze nieskonsumowaną miłością. Z sufitów ścieka entuzjazm, w me uszy wpadają dźwięki delikatnie odegranych arii.
Panoszę się w zapachu perhydrolu rozlanego na głowach stałych bywalców.
Jest najlepiej, najwspanialej.
Poranna bryczka odjeżdża dopiero o 6:10. Mam kilka godzin, które spędzę w towarzystwie ukochanego.
Oh Dawidzie.
Serce rośnie, miłość świeci.
Nie potrzebne mi dystyngowane obiady, świece, płatki róż.
Jedyne czego potrzebuje to neon, złota membrana i kilka groszy na lepszą przyszłość.
Oh nie! Walentynie widzę Cię! Stoisz w rogu, patrzysz jak go całuję oł oł oł. Wiem że jesteś tutaj i nie nie widzę Cię.
To Ciebie zabieram dziś do domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz