niedziela, 27 lutego 2011

wiek podeszwy, bo kloszard tak zagranicznie brzmi

Cierpię na deficyt lęku już od dawien dawna nie mniej jednak odkryłam to dopiero dzisiaj pomiędzy 5:00 a nie pamiętam. Nie ma to oczywiście nic wspólnego z tym co napiszę poniżej.

Tematu podjął się w latach 80 Łudi ale zdaje się, że nam się zapomniało.
Mianowicie.
Ludzie bez osobowości bądź człowieka 21- letniego z osobowością kogoś w wieku podeszłym  (to akurat przemyślenie rodem z XXI wieku czyli młodzieniec w roli ustatkowanego taty, żoną i dzieckiem w planie) co równa się "ludzie bez osobowości". Problem jak się okazuje bardzo na czasie, bo to ta przypadłość zabiera nam przyjaciół i wcale filmowe "zostańmy przyjaciółmi" nie brzmi gorzej niż "przestańmy nimi być".
Mały tizer wyżej.
Pogrążam się w smutku bez wypieków na twarzy a jeśli już to tylko z tymi poalkoholowymi.
+ słowo przepraszam przechodzi mi dziś przez zęby tak ciężko jak nigdy, zakładam, że to z miłości?

sobota, 19 lutego 2011

true story

Cześć. Jestem Wojtek i miałem kiedyś 13 i pół roku. Teraz mam 21 i popalone rączki.
Dzieciństwo spędziłem w małej miejscowości niedaleko Łomży.
Mieszkałem w starej kamiennicy liczącej sobie teraz 109 lat, moi rodzice dalej tam mieszkają z bliżej nieokreślonych przyczyn. Szału z nimi nie ma.
Miałem podwórko. Pamiętam je dobrze.
Ubita gleba gdzie parkują samochody, drewutnia sąsiada. Na przeciw domu (od strony podwórka) mieliśmy ogródki. Oczywiście nasz najchujowszy, bo po śmierci dziadków wyjebaliśmy się na sadzenie kwiatków demonstracyjnie. Po prawej stronie stał śmietnik i jeszcze jeden tak jakby osobny zagajnik na kury. Typowa wiocha w centrum miasta. Za tym zagajnikiem było 5 garaży. Grało się tam zawsze w piłe, oj grało. Najdziwniejszym elementem podwórka był tak zwany "lasek". Kilka sosen czy jak to się tam nazywa, krzaki- dość duże (robiliśmy sobie w nich bazy).
W tym właśnie lasku stał, pewnie stoi po dziś dzień transformator. Taki wiecie- z prądem.
Całe życie matka mi powtarzała "nie waż się wchodzić do środka bo zobaczysz prąd Cię kopnie i umrzesz tak jak brat dziadka siostry jego babci i zobaczysz o jezu o jezu".
No to co ja na to- matki słuchał nie będę.
Mam 13 i pół roku kiedy udaje mi się przeciąć kłódkę.
Wchodzę na pełnej dumie.
Widzę coś dziwnego.
Światło jebie mi po oczach. Niebieskie, piękne światło. Kusi mnie, żeby to dotknąć, wygląda to trochę jak diament.
Jak ćma... Wyciągam rączkę, łapie za to coś i jeb.
Nie mam rączek.

niedziela, 13 lutego 2011

happy valentine's day

Na targu pośród straganów ktoś trzyma żyda w worku, ktoś śmietanę w butelce po coli, ktoś inny tutejszą specjalność pod wódkę: suszoną żydówkę.
Stary pan pedał obiera ziemniaki, pijana dziewuszka łasi się na kiełbasę a jej koleżanka opiera się czołem o witrynę delikatesów.
Noc jest młoda.
Oh Dawidzie, moja gwiazdo.
Łapię go za rączkę i udaje się w germańskie piwnice przepełnione jeszcze nieskonsumowaną miłością. Z sufitów ścieka entuzjazm, w me uszy wpadają dźwięki delikatnie odegranych arii.
Panoszę się w zapachu perhydrolu rozlanego na głowach stałych bywalców.
Jest najlepiej, najwspanialej.
Poranna bryczka odjeżdża dopiero o 6:10. Mam kilka godzin, które spędzę w towarzystwie ukochanego.
Oh Dawidzie.
Serce rośnie, miłość świeci.
Nie potrzebne mi dystyngowane obiady, świece, płatki róż.
Jedyne czego potrzebuje to neon, złota membrana i kilka groszy na lepszą przyszłość.

Oh nie! Walentynie widzę Cię! Stoisz w rogu, patrzysz jak go całuję oł oł oł. Wiem że jesteś tutaj i nie nie widzę Cię.
To Ciebie zabieram dziś do domu.