sobota, 19 lutego 2011

true story

Cześć. Jestem Wojtek i miałem kiedyś 13 i pół roku. Teraz mam 21 i popalone rączki.
Dzieciństwo spędziłem w małej miejscowości niedaleko Łomży.
Mieszkałem w starej kamiennicy liczącej sobie teraz 109 lat, moi rodzice dalej tam mieszkają z bliżej nieokreślonych przyczyn. Szału z nimi nie ma.
Miałem podwórko. Pamiętam je dobrze.
Ubita gleba gdzie parkują samochody, drewutnia sąsiada. Na przeciw domu (od strony podwórka) mieliśmy ogródki. Oczywiście nasz najchujowszy, bo po śmierci dziadków wyjebaliśmy się na sadzenie kwiatków demonstracyjnie. Po prawej stronie stał śmietnik i jeszcze jeden tak jakby osobny zagajnik na kury. Typowa wiocha w centrum miasta. Za tym zagajnikiem było 5 garaży. Grało się tam zawsze w piłe, oj grało. Najdziwniejszym elementem podwórka był tak zwany "lasek". Kilka sosen czy jak to się tam nazywa, krzaki- dość duże (robiliśmy sobie w nich bazy).
W tym właśnie lasku stał, pewnie stoi po dziś dzień transformator. Taki wiecie- z prądem.
Całe życie matka mi powtarzała "nie waż się wchodzić do środka bo zobaczysz prąd Cię kopnie i umrzesz tak jak brat dziadka siostry jego babci i zobaczysz o jezu o jezu".
No to co ja na to- matki słuchał nie będę.
Mam 13 i pół roku kiedy udaje mi się przeciąć kłódkę.
Wchodzę na pełnej dumie.
Widzę coś dziwnego.
Światło jebie mi po oczach. Niebieskie, piękne światło. Kusi mnie, żeby to dotknąć, wygląda to trochę jak diament.
Jak ćma... Wyciągam rączkę, łapie za to coś i jeb.
Nie mam rączek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz